Osiągnęłam cel i co teraz? Moje włosowe plany.

Osiągnęłam cel. Świętowałam herbatą i ciastem w ulubionej kawiarni, zamówiłam Ficcare Honey Marble. A teraz zostało do zrobienia jeszcze kilka rzeczy :)

Pierwsza sprawa to osiągnięcie gęstszych i zdrowszych końcówek. To i tak by się prędzej czy później stało, bo będę podcinała nadmiar ponad 112 cm, ale w związku z tym, że końce są już dość stare i wrażliwe, ułożyłam plan żeby jak najszybciej poprawić sytuację.

Plan generalny był taki, żeby po osiągnięciu celu podcinać włosy co 5 cm, czyli za każdym razem kiedy urosną do 117 cm. Nie co dany czas (tak jak kiedyś co 3 miesiące) tylko co długość właśnie. 5 cm to widoczne podcięcie, które da odczuwalne zagęszczenie końcówek, a jednocześnie nie będę musiała na nie długo czekać (a więc w międzyczasie końce się nie zestarzeją, nie zrobią się suche i wrażliwe i nie zaczną się niszczyć) bo przy takim średnim przyroście jaki miałam w 2016 roku, czyli 1.41 cm na miesiąc, 5 cm przyrostu powinnam mieć co 3-4 miesiące. Nawet jeśli będzie to nieco dłużej, to pewnie niewiele, a więc nadal dostatecznie często.

Ale w tej chwili końcówki są za stare, za wrażliwe i za suche (od ostatniego, październikowego podcięcia minęło dziewięć miesięcy) żeby czekały jeszcze 3-4 miesiące. Wytrzymałam kilka miesięcy z ich stanem i niezadowalającą gęstością dlatego, że byłam bardzo blisku celu i szkoda mi było się od niego w takim momencie oddalać skoro końce były niezadowalające ale jednak na tyle zdrowe i gęste by mogły jeszcze trochę przetrwać i żebym ja jakoś je zniosła. (To nie były stare, szybko idące w górę zniszczenia, bo takie ścięłabym od razu. To po prostu kwestia starości końcówek a przy tej długości i po dziewięciu miesiącach od podcięcia są stare w podwójnym znaczeniu. Ale takie bieżące starzenie się i skłonność do przesuszania na szczęście nie wędrują szybko w górę.) Teraz jednak nie wytrzymam już dłużej ani ja ani one.

Plan pośredni jest więc taki, że podetnę końcówki najszybciej jak się da, czyli najlepiej by było gdyby mogło się to stać już pod koniec sierpnia, nawet jeśli będzie to tylko centymetr. Być może takich centymetrowych czy dwucentymetrowych podcięć będzie potrzebnych kilka zanim dotrę do końcówek na tyle elastycznych i zdrowych, by wytrzymały trochę dłużej, czyli aż zapuszczę 3-4 cm i znów podetnę. Tych najbardziej suchych końcówek jest mniej niż 5 cm, więc małych podcięć nie będzie potrzeba aż tak wielu i nie zajmą dużo czasu. Kiedy pozbędę się najbardziej suchych partii będę mogła zapuszczać 5 cm i ścinać.

Druga sprawa to sama długość. 112 cm to u mnie długość klasyczna przy włosach mokrych albo naciągniętych. A że nie chodzę cały czas z mokrymi włosami ;), w praktyce trochę jeszcze brakuje do tego żeby suche włosy miały długość klasyczną. (W sierpniu zeszłego roku pokazywałam, ile długości zjadają fale.) Ale te brakujące centymetry zapuszczę za jakiś czas, na razie zajmę się zagęszczaniem końcówek i kiedy będą już tak gęste jak bym chciała, dam im urosnąć tyle ile brakuje do klasycznej na sucho. I znów będę podcinała nadmiar.

Plan w pigułce:
1. Jak najszybciej zrobię kilka małych podcięć, nawet o 1 czy 2 cm, żeby pozbyć się najsuchszych końcówek.
2. Kiedy końce będą na tyle zdrowe, żeby wytrzymały 3-4 miesiące zapuszczania dodatkowych 5 cm, zapuszczę właśnie 5 cm i podetnę. I tak kilka razy, aż znikną suche partie a końce będą zadowalająco gęste – to jest główny punkt akcji “Zdrowe i zadowalająco gęste końcówki” :)
3. Pozwolę włosom dorosnąć jeszcze kilka centymetrów żeby były przy długości klasycznej na sucho.
4. Będę ścinała nadmiar do tej długości.

Za to na pewno nie zamierzam teraz nic zmieniać. Nie dlatego, że szkoda mi czasu i pracy – nie jest tak, że bardzo chcę na przykład skrócić włosy i zmienić kolor ale blokuje mnie to, że są takie długie i  w dobrej kondycji i szkoda ich zwłaszcza, że dodatkowo na tę długość i kondycję tyle czekałam. Po prostu nie mam ochoty ani potrzeby. Nie zapowiada się na to, żeby wyczekiwany przez ponad siedem lat cel miał mi się znudzić. Kocham długie włosy :) Nie zrobię trwałej, nie pofarbuję ich na fioletowo i nie zetnę do ramion – ani osobno ani w połączeniu tych szaleństw ;) Zamierzam się cieszyć włosami. Jeżeli w ogóle miałabym cokolwiek zmieniać, to zastanowię się nad tym sto razy. Nie chcę wpaść w pułapkę potrzeby zmiany czegokolwiek realizowanej na włosach bo tak najłatwiej i najszybciej, kiedy tak naprawdę wcale nie chodzi o włosy. Może trzeba przemalować ściany w domu albo zmienić codzienne trasy rowerowe ;) A jeśli już chodzi o włosy, jako zmiana wystarczy mi przełożenie przedziałka, kupienie nowych ozdób albo jakichś ciekawych i obiecujących kosmetyków czy nauczenie się nowej fryzury. I myślę, że wystarczyłoby mi to nawet gdybym nie miała tak wyczekiwanych włosów (i długości i stanu) i zmiana nie wiązałaby się z tak dużym ryzykiem żałowania (gdybym chciała odzyskać długość po krótkim cięciu albo zapuścić naturalny kolor po farbowaniu, zajęłoby mi to jakieś 8-9 lat i to zakładając, że podcinałabym 3 cm na rok, nie więcej.)

Z drugiej strony, nie sądzę też żebym zapuściła dłuższe włosy. Już teraz przy wprasowywaniu maski ledwie sięgam dłońmi do końcówek (myję włosy głową w dół) i muszę się prostować bardziej, niż jestem do tego przyzwyczajona i podnosić z optymalnego pochylenia. Z dłuższymi włosami już trudno byłoby mi sobie poradzić jeśli chodzi o mycie i czesanie. Myślę też, że byłoby mi dość trudno utrzymać dostatecznie gęste końcówki.

Podsumowując, do studwudziestoprocentowej radości chcę mieć zdrowe i gęste końce i zapuścić jeszcze kilka centymetrów, żeby włosy sięgały do długości klasycznej na sucho. Ale to są szczegóły do dopracowania. Główny cel został osiągnięty. Cieszę się włosami. Panuję robić zdjęcia i – jak tylko końce przestaną być wrażliwe i raczej kruche – fryzury :) I pewnie chodzić częściej w rozpuszczonych włosach albo chociaż w warkoczu który też pokazuje długość :)

Komentarze

  1. Podziwiam Cię i Twoją wytrwałość. Nie codziennie spotyka się takie osoby. Gratuluję!
    U mnie w kwestiach włosowych dzieje się zdecydowanie więcej, a zmiany zachodzą co 1-2 lata: długość, kolor. Super, że czujesz się ze sobą tak dobrze, że nie potrzebujesz tego potwierdzać coraz to nowym wizerunkiem.
    Trzymam kciuki za końcówki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwszych akapitach doszłam do tego samego związku co Ty:) sama teraz wzięłam się mocno za pielęgnację i zapuszczanie zmotywowana Twoim sukcesem, lecz przeszkadzają mi przerzedzone i wrażliwe końcówki. Za tydzień idę na podcięcie i na pewno będę śledzić Twoje dalsze poczynania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję osiągnięcia celu :) ja w czerwcu oddałam centymetry na Rak'N'Roll, ale to było piękne uwieńczenie niemal pięciu lat dbania o włosy. Czy zapuszczę je jeszcze raz (były do talii) - szczerze mówiąc nie wiem, bo teraz jest mi wygodnie. Wygodnie to chyba najlepsze słowo ;) wreszcie nie wchodzą w zamki i nie zaczepiają o paski w torebkach. Czas pokaże, czy wrócę do intensywnego zapuszczania. Póki co zapuszczam samoistnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Dobrze Cię widzieć! :)

      Usuń
  4. Gratuluje:) wiedziałam ze ci się uda.
    Ja akurat znów obcięłam i jak zwykle żałuje. Przez ostatnie 3 lata było takie jo-jo, przez ten czas już bym miała włosy do łopatek. Mam nadzieje ze to już ostatni raz to szaleństwo i ze uda mi się przetrzymac długość kryzysowa i kiedyś osiągnąć moje wymarzone APL ;).
    Pozdrawia chwilowo bardzo krótkowłosa ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) I trzymam kciuki za przeczekanie długości kryzysowej, ja wtedy też nie raz obcinałam, ale w końcu jakoś ją przetrwałam :)

      Usuń

Prześlij komentarz